[ Teksty | Kontakt | Bezpieczeństwo | Geek-code ]

Anioł - coś naprawdę o mnie.


Upadły anioł... Obraz mojej duszy. Nie, żebym się uważał za anioła... po prostu kluczowe jest tutaj słowo "upadły". Równie dobrze mógłby to być upadły grzyb czy upadła ryba czy też upadła patelnia - to wszystko znaczy to samo. No ale na mojej tapecie, na ślicznym obrazku jest to anioł. Dlatego właśnie "upadły anioł".

Jest więc sobie taki jeden upadły anioł, mniejsza o to, czy jest on patelnią czy może grzybem - jest sobie sam, bo w końcu jest upadły. Sam na takiej jednej wysepce (http://jarrodx.zs1.wroc.pl/fallen_angel.png) pośród morza czy tam oceanu albo i nawet w szklance... A w szklance czego? To też jest istotne - w szklance pełnej łez. Bo anioł ten płacze. Przecież jest upadły - jakby, jako upadły, nie płakał, złamaby przecież konwencję upadłości. A to takie ważne, tak niesamowicie istotne, żeby tych wszystkich pierdolonych konwencji dotrzymywać. A wiecie może, czemu ten anioł dochowuje ten konwencji? Nie wiecie? Boże (albo dowolny inny boże), pomyślciesz trochę ludzie... Anioł płacze, bo... bo... bo.... No kurwa, naprawdę ciemni jesteście! Przecież, gdyby taki upadły anioł nie dochowywał konwencji upadłości i nie płakał, to kto by zauważył, że on płacze? Kto by był w stanie dostrzec to, że anioł ten jest smutny/załamany/zdołowany/jest aktorem i gra rolę płaczącego upadłego anioła? Ano w tym sęk - nikt by tego nie był w stanie zauwayżyć. Dowody? Ano najlepszym dowodem jest wasza nieumiejętność odpowiedzenia na pytanie, które zadałem i na które sam odpowiedziałem. Tak żeście się przywiąziali do tych swoich norm, że każda inność jest dla was albo totalnym zboczeniem, które należy potępić albo jest na tyle przerażająca, że wolicie jej nie zauważać. I dlatego właśnie anioł płacze. Bo chce być zauważony. Bo nie ma innego wyjścia. Nawet anioły nie mogą być same.

Zdajecie sobie sprawę, jak to naprawdę wygląda? Raczej nie, boście tak pochłonięci tymi swoimi konwencjami, że sobą być nie potraficie. Dla was płacz jest jedynym możliwym do przyjęcia objawem smutku/żalu/załamania. A tak nie jest. Choć to zależy od jednostki, to fakt. I od stanu tejże jednostki i jej doświadczenia. Ale anioły twarde są. Naprawdę niezależnie od tego, czy są rybami, patelniami czy grzybami - twarde są i to jest w nich ważne. Bo widzicie (towarzysze i obywatele) - anioły twarde są, więc i doświadczone są. Myślicie, że łatwo zrobić z takiego anioła anioła upadłego? Anioły twarde są, jak już się załamują, to na dobre. Bo anioły są silne i naprawdę ciężko je złamać. A gdy już się załamują totalnie i przeistaczają w upadłe anioły, to często jest to proces wieloetapowy. Bo najpierw takie załamanie nie jest zupełnie widoczne dla was - przecież, w kwestii smutku, ignorujecie inności albo traktujecie je jako objaw obłąkania. Tak więc tego pierwszego etapu najczęściej nie dostrzegacie. Skutki bywają różne. Anioły twarde są - często przeżywają to w samotności, podczas ciemnych, deszczowych wieczorów pełnych ponurych przemyśleń, gdy wy się, kurwa, radośnie bawicie nie zauważając tego, ze ktoś cierpi. Tworzy się wtedy w aniele taka opozycja - żeby się nie poddać, bo przecież nie warto... Dla tego motłochu? O nie! Postawić im się, pokazać, że się jest silnym, że się jest ponad nich (was). I wtedy w anioła wpływają nowe siły życiowe, następuje katharsis podczas oglądania waszych radosnych pląsów błogo nieświadomych lalek bez dusz. Wtedy to anioł daje sobie drugą szansę - a nuż teraz się uda. Może uda się powiększyć ten świat. No ale cóż, brutalna rzeczywistość daje aniołowi radosne pląsy, ale gdy chodzi o coś więcej, to każdy wybałusza oczy i pyta "Ale o co ci właściwie chodzi?". No tak, przecież płytcy jesteście. Anioły często o tym zapominają i to jest ich główny błąd. Bo mało jest aniołów. A te naiwne, głupie stworzonka cały czas bezwzględnie ufają, że jest szansa na znalezienie kogoś podobnego. Ech ta ich pierdolona naiwność. No ale takie już są anioły - wierzą w ludzi mimo wszystko. Nawet mimo to, że kolejny raz dostają kubeł zimnej wody na głowę. Grzyb szuka grzyba, patelnia szuka patelni, ryba szuka ryby a anioł szuka... człowieka kurwa jego mać. Naiwniak pieprzony. No i dostaje znów kopa w dupę i znów nie zauważacie, że ogarnia go smutek. Chociaż w sumie to za tym drugim załamaniem jest nieco inaczj - teraz już jest bardziej dramatycznie, bo uznajecie anioła za wariata, uważacie, że przesadza, że nie ma racji, że blebleble itp. No tak. Ależ wtedy się w aniele pojawia duma. O żesz kurwa tej dumy mać po prostu, taka ona jest wielka. Anioł sobie myśli: "A patrzcie - wy mnie tak a ja wciąż stoję, a ja mimo wszystko się nie poddaję! Ja wam jeszcze pokażę!" Taki dumny, pyszny, zadufany w sobie i totalnie naiwny... Podejmuje kolejną próbę. I to tak może trwać długo, bardzo długo. Zależy od tego, co wy nazywacie szczęściem, do zdolności anioła, jego siły i innych tego typu pierdół. Aż następuje przełom. I to wielki, taki na skalę światową - oczywiście wewnętrznego, schizofrenicznego małego świata anioła...

Anioł znajduje anioła. A przynajmniej tak mu się wydaje. W ogóle to wydaje mu się, że to cud, że to jakieś niesamowite zrządzenie losu. Jak to w ogóle możliwe, że do czegoś takiego doszło? Przecież tyle prób i niepowodzeń zmęczyło i podłamało anioła a tym razem niby się udalo? Toż to zakrawa na cud. No ale jednak. Coś jest, coś się ciągnie, coś niby się udaje. Tak jakby, jakby.. bliziutko tak bardzo, że sam anioł zaczyna się w tym wszystkim gubić. No dobra, pięknie jest, coś się dzieje, w końcu można zrzucić ten szary płaszcz, w końcu można się naprawdę wybić i pokazać, że ONI (wy) są aniołowi niepotrzebni. Bo przecież znalazł kogoś na swój rozmiar, kogoś tak samo zapatrzonego w chmury i tak samo ponad ich (was) wszystkich. Ach, jakież to cudowne uczucie, jak bardzo anioł jest wtedy szczęśliwy, jak bardzo się zatraca, jak strasznie zapomina o całym świecie. I to jest pozytywne. Na dany czas, w danym momencie. Anioły mają taki patent, że często, gdy cierpią po swojemu i są niezauważana przez innych, zagłębiają się na tyle w swoich uczuciach, że inni albo to ignorują zupełnie albo odwracają się od anioła. I wtedy taki biedny anioł zostaje sam. Traci wszystko. Często nawet więcej, niż jeden raz. Jednak anioły twarde są i tak łatwo się nie poddają. To uczy takiego naszego przykładowego anioła bardzo wiele. Gdy anioł ma jedynie skrawki szczęścia (i to tak cholernie rzadko), to stara się je zachować jak najdłużej. Ale one z czasem ulatują. Przecież to skrawki. Są nietrwałe i mało pomagają w całej tej samotności. Dlatego właśnie anioł, który stracił wszystko umie docenić prawdziwe i trwałe szczęście. Gdy już jakimś niesamowitym cudem anioł takie szczęście osiągnie, to chwytwa je, trzyma z całych sił, nie chce puścić i - co najważniejsze - sam w całości i bez reszty poświęca się temu szczęściu i z całych sił pragnie je przy sobie utrzymać. Przecież wszystko jest tak niesamowicie nietrwałe a anioł nie chce po raz kolejny wszystkiego tracić. Dlatego właśnie anioły są tak zaborcze (choć to zdecydowanie złe określenie, ale innego byście nie zrozumieli). Dlatego właśnie aniołom tak bardzo zależy, dlatego właśnie anioły tak bardzo się angażują - bo uważają, że to niezbędne, bo uważają, że to jest jedyna solidna podstawa, na której można coś zbudować. Bez wątpienia jest to dla anioła przełomowe. Ale największy przełom ma dopiero w życiu anioła nastąpić. Oni (wy) nie uznają takiej filozofii. Dla nich (was) coś, co jest trwałe i zbudowane na solidnych podstawach jest czymś banalnym, czymś zbyt prostym. Oni (wy) nie potrafią dojrzeć w tej prostocie piękna. Nudzi im (wam) się to. Brak atrakcji, brak "różnorodności", całkowicie oddanie się i poświęcenie wszystkiego dla tych solidnych podstaw. Lepiej, wedle nich (was), zbudować coś "ciekawego", pełnego "różnorodności", "ciekawości", "atrakcji", "zmienności" na kruchych podstawach "wolności". Dla anioła to tak nie wygląda - anioły wolą budować wszystko na solidnych podstawach poświęcenia, szczerości, wspólnoty - wolą budować wspólną wolność a nie zależność od siebie i od swoich (jakże niesamowicie pojebanie pierdolonych) "kart przetargowych". Prawdziwy, ogromny przełom następuje dla anioła, gdy okazuje się, że ten drugi anioł tak naprawdę aniołem nie jest - okazuje się, że brak w nim chęci do budowania na solidnych podstawach. Bo po co? Znudzenie staje się powodem kolejnego załamania anioła. Tym razem jest już zupełnie inaczej.

Powstaje wtedy morze łez, wyspa i upadły anioł pośrodku. Teraz mu zależy - po raz pierwszy. Teraz odczuwa ból - po raz kolejny. Teraz chce być zauważony, bo ma dosyć ignorancji. Ale to trwa tylko chwilę. Anioły twarde są, nawet w takich sytuacjach. Jednak nie do końca. Chcecie wiedzieć, jak złamać anioła? Napewno chcecie, przecież to może przynieść tyle satysfakcji i radości. Przepis jest w akapicie wyżej. Coś pęka, coś się łamie, coś przestaje istnieć. Po raz kolejny okazuje się, że anioł jest sam, że jest niezrozumiany, że jest opuszczony. Wtedy w całej okazałości objawia się aniołowi prawda, którą wszyscy inni (wy) znali już dano temu. Takie życie takiego anioła jest puste. Zupełnie. Sensu brak, bo niby do czego dążyć? No i po co? No i przecież, jak już do czegoś dążyć, to napewno nie w samotności. Samotność zabija. Nawet anioły. A anioły twarde są. Ale nie aż tak. Życie anioła jest puste, pozbawione sensu, pozbawione wiary, pozbawione nadziei i zaufania. Bo przecież anioła może zrozumieć tylko anioł. A tego drugiego brak - czasem zdarza się imitacja, ale ona powoduje właśnie takie załamanie. I tu klasyczny anioł ma dwie drogi - albo zszarzeć i zostać jednym z nich (was) albo też powrócić do stanu sprzed swoich wszystkich załamań - do skorupy, która to zrobiła z niego anioła i przez którą anioł ten upadał i tracił wszystko. I tu już nie ma padania na kolana, tu już nie ma głośnego płaczu, tu już nie ma morza łez i załamywania rąk. Jest cisza. Jest spokój. Jest samotność. Głęboka świadomość własnego, bezsensownego istnienia i jednocześnie świadomość braku odwagi na jakiekolwiek kroki mające na celu zmianę. Anioł zawsze będzie trwał w takim stanie, ale już nie podejmie ryzyka, bo już nie widzi sensu. Bo po co? Lepiej się zamknąć dla samego siebie - być aniołem dla własnej anielskiej duszy. Co z tego, że upadłym? I wtedy zaczyna padać deszcz.

Teraz już wiecie, jak to wygląda. Obyście nigdy nie stali się aniołami. Obyście nigdy nie stali się upadłymi aniołami.

Robert M. Wysocki
01.06.04-20:46



Pokaż komentarze
(polskich znaczków można używać, o ile są w iso-8859-2; wszystkich windziarzy proszę serdercznie o nieużywanie nieprawidłowych polskich znaków niezgodnych z tym standardem)
Ksywa:
Info (mail, www
albo coś w tym stylu):
Treść: